Witamy w
Chemical Collective

Masz 18 lat czy więcej?

Potwierdź, że masz ukończone 18 lat.

Nie masz dostępu do tej strony.

Koszyk

Twój koszyk jest pusty

Dwadzieścia lat doświadczeń psychodelicznych – od suplementów imprezowych po medycynę dla duszy (część 3/3)

Tło CC
Spis treści
Przełamując się
Powrót do lat 90.…Tylko na jedną noc
Słoma, która złamała grzbiet wielbłąda
Pierwszy raz z grzybami
Robienie medycyny
Podróż trwa
Dziel się miłością

Zastrzeżenie: Poglądy i opinie wyrażone w tym artykule są poglądami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają oficjalną politykę lub stanowisko Chemical Collective lub powiązanych stron. Zawsze ćwicz dobry zestaw i ustawienie podczas eksploracji jakichkolwiek związków psychodelicznych. Mamy fantastyczny artykuł na ten temat, który możesz przeczytać tutaj.

Przełamując się

Moje podróże zaprowadziły mnie w szalone miejsca. Zostałem przytulony przez fioletową boginię zrobioną z eterycznej mgły, istniałem jako kawałek migoczącej kosmicznej maszynerii w fabryce, w której materia była najwyraźniej nasycona duszami i czułem, jak moja świadomość wiruje w niezliczone konstrukty mandelbrota; moja świadomość nieustannie przytłacza nieskończoną naturą tego wszystkiego.

Było jednak kilka problemów. Po pierwsze, ten nowy międzywymiarowy eskapizm stawał się uzależniający sam w sobie. Każdy weekend był czasem przełomu. Doprowadziłem do perfekcji sztukę rytuału i dzieliłem się doświadczeniem ze wszystkimi, którzy byli chętni i przygotowani, ale za każdym razem, gdy przeprowadzałem ludzi przez to doświadczenie, pozwalałem sobie – czasami przebijałem się wiele razy w ciągu jednej nocy. Po drugie, imprezowanie wciąż trwało; może nie w tym samym szaleństwie, ale niedaleko. Z drugiej strony poczułem w sobie pewne realne i zdecydowane zmiany – zyskałem nową miarę współczucia i poczułem, jak moje ego zaczyna się rozpuszczać. Szczerze mówiąc, nadal byłem hedonistycznym dupkiem, ale przynajmniej zmierzałem we właściwym kierunku.

Powrót do lat 90.…Tylko na jedną noc

Podróże po LSD stały się teraz niemal cotygodniowym wydarzeniem. Po zdobyciu butelki (rzekomego) płynu do igłowania moja lodówka była pełna kostek cukru ociekających wodą. Nową normą stały się imprezy psychodeliczne. Jeden z ciekawszych pojawił się, gdy filmowa adaptacja sztuki Kena Loacha, Beats, nakręcił kilka scen do filmu w Glasgow – w szczególności sceny rave. Mój brat prowadził wówczas klub, który akurat znajdował się w ogromnym pustym magazynie. Ponieważ uświadomił producentom to miejsce, zostaliśmy umieszczeni na liście gości na imprezie. Okazało się to nierealne.

Film jest historią o dojrzewaniu, opartą na kulturze rave'u lat 90. w Szkocji, więc aby sceny rave były jak najbardziej autentyczne, urządzili rave w starym, dobrym magazynie mody w centrum Glasgow. Gdy szliśmy w kierunku magazynu, ulice były pełne ludzi ubranych w sportowe stroje z lat 90., uczniowie powiększeni. Moja druga połówka i ja postanowiliśmy upuścić kilka kostek cukru przed wyjściem, więc zanim usłyszeliśmy pulsujący bas dobiegający z obskurnie wyglądającej fabryki, sprawy zaczęły się robić ciekawie.

Wejście do środka było jak przejście przez tunel do innego czasu. Wszystko zostało wyselekcjonowane tak, aby wyglądało na lata 90., a poza dziwną kamerą i osobą ze schowkiem, wydawało się, że to prawdziwa impreza z tamtych czasów. Ze ścian głośników płynęły rave hymny, wszyscy mieli na sobie Kappę, Adidasa, Filę i Ellesse, a nawet puszki po piwie były oznakowane retro brandingiem. Ja i pani spojrzeliśmy na siebie, ponieważ oboje myśleliśmy o tym samym – czułem się, jakbyśmy podróżowali w czasie!

Potem zrobiło się dziwniej. Widzieliśmy kłótnię między dwoma facetami, która wydawała się rozwiązywać bardzo szybko, a potem widzieliśmy, jak dokładnie ta sama kłótnia zdarza się raz za razem. Oczywiście kręcili scenę, ale na kwasie wydawało się, że zostaliśmy złapani w pętlę. W pewnym momencie ktoś zadął w gwizdek i grupa ludzi zsynchronizowana opuściła parkiet. Później zdaliśmy sobie sprawę, że to statyści poinstruowani przez kierownika produkcji, ale znowu, na kwasie, to było pieprzone z naszymi umysłami. Wszystko inne w tym miejscu przypominało prawdziwą imprezę magazynową. Pamiętam, jak grano utwór Anthem Njoi i miejsce wybuchło. Ponieważ wszyscy byliśmy fanami tego gatunku muzyki, absolutnie go pokochaliśmy.

Pamiętam, jak oddaliłem się od tłumu w róg magazynu i po prostu obserwowałem szaleństwo z daleka. LSD bombardowało mój mózg w tym momencie i obserwowanie z zewnątrz, w pewnym sensie, wzmocniło uświadomienie sobie, że otoczenie jest tak ważne podczas tych doświadczeń. Uśmiechnąłem się do siebie i wróciłem na parkiet.

Słoma, która złamała grzbiet wielbłąda

Niedługo potem nastąpiła podróż, która mnie złamała. W szczytowym momencie silnej podróży igłowej postanowiłem przebić się na DMT. Byliśmy w samym środku pełnej kwasowości imprezy w mieszkaniu, wszędzie pełno ludzi. Ustawiłem fajkę na środku salonu i odpaliłem. W przeciwieństwie do poprzednich nie musiałem bardzo się starać opuścić swoje ciało. Kilka zaciągnięć i znajoma, ale przerażająca siła wibracyjna oderwała mnie od fizyczności.

Kilka szczegółowych wspomnień z tej podróży pozostało ze mną po tym, ale niewiele w porównaniu z tym, czego byłem świadkiem. Pamiętam, jak niezliczoną ilość razy przenosiłem się do różnych rzeczywistości. Spotkałem się, rozmawiałem i stałem się wieloma innymi bytami i konstruktami, przesuwając się co ułamek sekundy, zanim mogłem cokolwiek przyjąć. Coś telepatycznie zadawało mi tysiące pytań jednocześnie, ale nie mogłem zrozumieć żadnego z nich, a potem wszystko się uspokoiło. Miałem do czynienia z rozległym, wielobarwnym „miastem” (słowo miasto jest najbliższym przybliżeniem, jakie przychodzi mi do głowy, ale było o wiele bardziej dziwaczne) rozciągającym się bez końca w dal, szeregiem wysokich, fraktalnych konstrukcji – niezliczonych pod względem różnorodności i liczb, ale Po prostu istniałem jako pojedynczy punkt całkowicie bezcielesnej świadomości. Wszystkie wspomnienia planety Ziemi i bycia człowiekiem całkowicie zniknęły. Jakoś wiedziałem, że to „miasto” czeka, aż zadam pytania. Tak więc, jakkolwiek niedorzecznie to zabrzmi, to zrobiłem – pomimo mojego braku fizycznego ciała.

"Co to za miejsce?" Zapytałam. Krystaliczne miasto przesuwało się i obracało, składało się i wypaczało w zsynchronizowanej fraktalnej perfekcji, tworząc nowy krajobraz. W jakiś sposób ta zmiana doskonale odpowiedziała na moje pytanie. Logicznie rzecz biorąc, nie miałem żadnych nowych informacji, ale w hiperprzestrzeni ruch tego miejskiego pejzażu zaspokajał moją ciekawość w bardziej znaczący sposób niż jakakolwiek ustna odpowiedź. To było niedorzeczne, ale jednocześnie głębokie. Wiem, że zadawałem kilka innych pytań i za każdym razem miasto obracało się, składało i pojawiało się jako świeżo niewyobrażalna struktura. Za każdym razem odczuwałem ogromną satysfakcję z odpowiedzi na moje pytanie. Do dziś nie wiem, o co prosiłem.

Sprawy znów zaczęły nabierać tempa i pokazywano mi niezgłębione zawiłe sceny pracy ogromnej kosmicznej maszynerii oraz niezliczone inne scenariusze, których nie mogłem pojąć. To było tak intensywne, że wkradł się strach, a ponieważ wracałem na dół, wróciły do ​​mnie uczucia cielesne – w tym panika. Z mojego doświadczenia wynika, że ​​samo DMT zawsze było delikatne, ponieważ znikało, ale w połączeniu z kwasem tym razem było inaczej. Uczucie strachu sprawiło, że otworzyłem oczy. Nigdy wcześniej nie byłem świadkiem tak szalonych halucynacji w prawdziwym świecie, jak w tamtym momencie.

Moja pani wyglądała jak piękna krzyżówka syreny i ośmiornicy z 20 oczami i szeregiem uśmiechniętych ust. Lewitowała, z łuskowatymi, błyszczącymi mackami wijącymi się wokół niej, gdy się poruszała. Wszyscy w pokoju wyglądali podobnie dziwacznie, a kąty mojego salonu wyglądały jak wielobarwne klocki lego, zapadające się i odbudowujące się na moich otwartych oczach. Zdałem sobie sprawę, że efekty dużej dawki kwasu, który zażyłem, zostały zwielokrotnione do absurdalnego poziomu i daleko od spokojnej poświaty, którą zwykle odczuwałem po DMT, czułem, że mój umysł został rozbity i bardzo niespokojny. Trochę mi zajęło, żeby się uspokoić. W tym czasie zaczęło mi świtać, że tripowałem zbyt często i intensywnie, i jako taki, ledwo integrowałem swoje doświadczenia.

W tym momencie wziąłem fajkę i pozostały DMT, które miałem, zamknąłem w pudełku i schowałem. Wiem, że to daremny gest, ale też symboliczny. Ten był po prostu zbyt trudny dla mojego umysłu. Pamiętam, jak w kółko powtarzałem: „Skończyłem, skończyłem, skończyłem” i przez kilka następnych godzin milczałem. Zawsze lubiłem szczegółowo omawiać moje podróże po powrocie, ale nie wtedy. Po prostu uderzyło mnie to zbyt mocno.

Retrospekcje były intensywne i wciąż wracałem do zmieniającego się miasta, które „odpowiadało” na moje „pytania”. Coś w tym po prostu wydawało się znaczące, ale nigdy nie uzyskałem bardziej oczywistej jasności co do wydarzeń, które wydarzyły się w tym konkretnym momencie w hiperprzestrzeni. Był to jednak katalizator prawdziwej zmiany we mnie – z jakiegoś niewymiernego powodu – jak może to potwierdzić moja druga połówka. Po tym coś w mojej świadomości się zmieniło. Zdesperowany w poszukiwaniu odpowiedzi, które pomogłyby mi zintegrować to, przez co przeszedłem, zacząłem czytać Terrence'a Mckennę i różne inne prace w tej konkretnej króliczej norce, ale tym, który naprawdę mnie wpłynął, był My Big TOE (Teoria wszystkiego) Toma Campbella. Jego model rzeczywistości i opisy jego doświadczeń poza ciałem całkowicie zniszczyły podstawy moich podstawowych przekonań i sprawiły, że postrzegam otaczający mnie świat w zupełnie inny sposób. Jest szanowanym fizykiem i włączył do swojego modelu dane teoretyczne, które naprawdę do mnie przemówiły.

Po tym byłem po prostu… inny. Mniej złości, mniej osądów i więcej akceptacji wszystkich przekonań. Kokaina nie była już dla mnie tą samą substancją. Teraz nie będę twierdził, że stałem się jakimś świętym – daleko od tego – ale postrzegałem koks jako kolejną substancję, która miała swoje miejsce w panteonie substancji, których używaliśmy. Zacząłem go regularnie odrzucać, spędzając bez niego całe noce i udawało mi się trzymać kawałki w domu przez tygodnie bez pokusy (coś wcześniej niemożliwego). Szczerze mówiąc, było to niesamowite uczucie. Od tamtej pory zdarzały się nawroty, ale nic w porównaniu z moimi starymi zwyczajami i zawsze krótkotrwałymi.

Pierwszy raz z grzybami

Depresja była wciąż częścią mojego życia. Cała ta koks poważnie spieprzyła moją regulację dopaminy i wyraźnie miałem również problemy z serotoniną. Byłem daleki od zrównoważonego i często wzywanego chemicznego eskapizmu. Nie mówiąc już o tym, że nadal istniały pozostałości dawnego życia. Ludzie wciąż pojawiali się w weekendy, spodziewając się szaleństwa, ale to już nie był taki wesołe miasteczko bez żadnych zakazów, jakim był kiedyś.

Potem poznaliśmy nowych przyjaciół – niesamowitych ludzi, którzy są znanymi DJ-ami na scenie Glasgow. Gdy się zbliżyliśmy, zaprosili nas do swojego domu na grzybową wyprawę – moją pierwszą w życiu wyprawę na grzyby – i mieli idealną oprawę. Ich dom był piękny, ale ogród był naprawdę wyjątkowy. Po zjedzeniu naszych grzybów (myślę, że były to szczepy Mckennaii, ale nie jestem pewien) usiedliśmy na ich patio za tylnymi drzwiami, z dużym paleniskiem pośrodku. Wszystko to było otoczone pięknie utrzymaną, ale dojrzałą i dziką roślinnością; wszystkie różne kolory i tekstury przeplatają się. Gdy psilocybina zaczęła się pojawiać, rozejrzałem się dookoła z podziwem i widząc całą zieleń dawał mi takie spokojne uczucie – za każdym razem, gdy wypuszczałem powietrze, wydawało mi się, że wyrzucam napięcie z mojego umysłu i ciała, a tłum, z którym byliśmy, był tak gościnny i przyjazny. schłodzony. Różniło się to od kwasu, po prostu wydawało się bardziej naturalne, bardziej osobiste i przypominające falę intensywności. Kiedy myślałeś, że robi się za dużo, to trochę ucichnie, prawie tak, jakby podróż odpowiadała na moje emocje i troszczyła się o mnie.

Nagle nasi nowi przyjaciele ujawnili coś, co mogę opisać tylko jako ukryte schody, które prowadziły do ​​całej innej części ich ogrodu. Nasi gospodarze poprowadzili nas po schodach i poczuliśmy się jak Alicja wkraczająca do Krainy Czarów. Podwyższona część ogrodu była równie piękna jak reszta – zarośnięta, ale jednocześnie dobrze utrzymana, nadając jej cudowny, antyczny charakter. Każde źdźbło trawy i każdy liść wydawało się mieć jakąś historię do opowiedzenia, a kiedy opadłem obok drzewa, zachwycony wizualizacjami, poczułem silne poczucie połączenia z naturą, o którym tyle słyszałem. Wszyscy dołączyli do nas i rozmawialiśmy o naszych doświadczeniach. Nie zrozum mnie źle, to nie była poważna hipisowska miłość, skończyło się na tym, że tarzaliśmy się po trawie w histerii z tego czy innego powodu. To było niesamowicie zabawne.

Gdy zapadła ciemność, ze zdumieniem obserwowaliśmy gwiazdy, zobaczyliśmy niewyjaśnione światła na niebie i podekscytowaliśmy się, a następnie wycofaliśmy się do ognia, gdy opadło zimno. Cały dzień był magiczny i tamtego dnia zakochałem się w psilocybinie i poczułem, że zyskałem przyjaciół na całe życie. Wyróżnienie tutaj, nasi gospodarze są jednymi z najlepszych selekcjonerów utworów w branży, a ich tripowa playlista otworzyła mi umysł na tak wiele nowej muzyki, której wciąż słucham podczas podróży do dnia dzisiejszego.

Robienie medycyny

Jak mogłeś zauważyć, na dobre lub na złe, mam dość obsesyjną osobowość. Grzyby stały się moją nową obsesją. Nauczyłem się wszystkiego, co mogłem – wszystkich różnych szczepów, historii ich używania, teorii ukamienowanych małp i co najważniejsze – że można je uprawiać dość łatwo. To stało się moją nową misją. Pomimo postępów, jakie poczyniłem w kwestii uzależnień, byłem daleki od odporności na nawroty. Potem przeczytałem o mikrodozowaniu i pomyślałem, że może to utrzymać zmiany w moim mózgu na dłuższą metę. Musiałem spróbować.

Ten artykuł nie jest miejscem, w którym można zagłębiać się w proces uprawy grzybów, ale powiedzmy, że po wielu próbach i błędach udało mi się to zrealizować. Moje pierwsze tygodnie przyjmowania mikrodawek były trudne – wszystkie czytane przeze mnie lektury tak naprawdę mnie do tego nie przygotowały. Wdzięczność, zadowolenie i radość były przymiotnikami, które słyszałem dużo czytając relacje ludzi i chociaż w końcu tam dotarłem, z pewnością nie był to początek mojej podróży. W niektóre dni, kiedy dawałem, koncentrowałem się na rzeczach, za które czułem się winny lub chciałem, żeby były inne – nie do końca tego, czego się spodziewałem, ale potem zdałem sobie sprawę. Psilocybina nie zamierzała zamaskować tego wszystkiego; jak wiele antydepresantów wydaje się robić, wysuwały je na pierwszy plan mojej świadomości. Przód i środek, mówiąc „poradzisz sobie z tym, bo będziesz to nosić na zawsze”.

Nie tego, czego się spodziewałem, ale zdecydowanie tego, czego potrzebowałem. Miałem już dość eskapizmu (prawie dużo) i nadszedł czas na nowe podejście. Miałem kilka bolesnych dni, które prawie sprawiły, że zrezygnowałem, ale wytrwałość się opłaciła. Pewnego dnia przypadkowo zdałem sobie sprawę, że ogarnęło mnie ogromne poczucie wdzięczności. Czułam się tak szczęśliwa, że ​​miałam ładny dom, dobrą rodzinę i proste potrzeby życiowe – to znaczy uśmiechałam się od ucha do ucha myśląc o tym i to było normalne, nawet w dni, kiedy nie brałam. To była jedna z największych rewelacji, jakie miałam ze wszystkich moich psychodelicznych podróży – wdzięczność była kluczem do szczęścia – przynajmniej dla mnie. To ciągłe pragnienie, aby rzeczy były inne niż są lub pozostały dokładnie takie same, przyniosło mi tyle udręki.

Samo bycie wdzięcznym za to, jakie rzeczy są, jest potężną umiejętnością. Teraz wiem, że brzmi to jak bzdura z książki o samopomocy, ale kiedy jest ci pokazywana w czasie rzeczywistym, poprzez moc związków psychodelicznych, a nie tylko widziana napisana; na przykład na niektórych blogach może to mieć duży wpływ. Taka prosta koncepcja w teorii, ale nie jest to łatwe, aby naprawdę zintegrować się z codziennym życiem. Ta lekcja, wraz z wieloma innymi lekcjami wyciągniętymi przez lata starannie (a niektóre niezbyt starannie) zarządzane, mikro- i makro-wycieczki w końcu doprowadziła mnie do zostawienia za sobą farmaceutycznych leków przeciwdepresyjnych i nigdy nie spoglądania wstecz. Teraz również jem dietę roślinną i wiem, że nigdy nie osiągnąłbym tego punktu bez moich tripów.

Podróż trwa

Teraz mam nadzieję, że nie skłoniłem czytelników do myślenia, że ​​dzięki temu procesowi stałem się abstynentem, bo i tak skończyłby się bajkowy koniec, w którym zacząłem nosić białe lniane koszule i zostać trenerem życia, co jest dalekie od prawda. Szczerze mówiąc, nadal jestem użytkownikiem polinarkotyków. Różnica polega na; Kontroluję. Lubię narkotyki i myślę, że zawsze będę, ale każda substancja ma swój czas i miejsce, a kontrola jest wszystkim.

Nie chcę też sprawiać wrażenia, że ​​moje uzależnienie od kokainy po prostu zniknęło, ponieważ życie rzadko jest takie proste. Wciąż jest część mojego mózgu, która od czasu do czasu się aktywuje, część, która chce, żebym wykonała ten telefon lub wysłała ten tekst do mojego kontaktu w darknecie, część, która chce przejść przez rytuał wycinania konturów, część, która może usprawiedliwić zażywanie kokainy kiedykolwiek. Różnica polega na tym, że te myśli kończyły się tylko w jedną stronę. W dzisiejszych czasach mogę przyjąć tę pokusę i mam możliwość odwrócenia się od niej – nie znaczy to, że całkowicie wstrzymuję się od kokainy, nie robię tego. Różnica polega na tym, że kontroluję konsumpcję. Moim zdaniem lek, podobnie jak wszystkie inne, można spożywać w sposób odpowiedzialny, ale oczywiście jest to druga strona.

Narkotyki, takie jak opiaty, mogą być niebezpieczne w zabawie, o czym ostatnio pozwoliłam sobie odkryć. Zrezygnowałem i ponownie użyłem psychodelików, aby złagodzić ten proces. Podróż nigdy się nie kończy.

Dziel się miłością

Przez lata zdałem sobie sprawę, że nie jestem osamotniony w moich zmaganiach ze zdrowiem psychicznym. Wielu moich przyjaciół i rodziny musiało radzić sobie z własnymi demonami i miałem szczęście, że mogłem pomóc niektórym z nich przetworzyć różne rzeczy i zmienić ich perspektywy.

Otaczający nas świat stał się czymś w rodzaju cyrku. Nie mam zamiaru stawać się tu polityką, ale jedną z prawdziwych tragedii, które pojawiły się w ciągu ostatnich kilku lat, jest pogorszenie się zdrowia psychicznego, gdziekolwiek spojrzysz. Widziałem i słyszałem o psilocybinie pomagającej wielu ludziom w trudnych czasach, niektórzy odnajdują trwały spokój po latach niepokoju, depresji i uzależnienia. Na szczęście związki te ponownie wchodzą do głównego nurtu po dziesięcioleciach naukowych zaniedbań i wkrótce znacznie więcej osób będzie miało dostęp do tych leków. Uważam, że świat będzie do tego lepszym miejscem. Z pewnością zmienili moje życie i naprawdę wierzę, że wiele osób cierpiących w tej chwili może skorzystać z ich niezrozumianych właściwości. Jeśli byłeś ze mną do tej pory, dziękuję za przeczytanie mojej historii i nie krępuj się, jeśli masz pytania lub uwagi w komentarzach. Szczęśliwe szlaki!

Dev | Bloger społecznościowy w Chemical Collective

Dev jest jednym z naszych blogerów społecznościowych w Chemical Collective. Jeśli jesteś zainteresowany dołączeniem do naszego zespołu blogerów i zarabianiem na pisanie na tematy, które Cię pasjonują, skontaktuj się z Mattem przez e-mail na adres matt@chemical-collective.com

Komentarze 6

  1. Ta seria była świetna i nie mogłem się doczekać każdej części.
    Bardzo wnikliwe i było przyjemnością czytanie o twoich osobistych doświadczeniach, co z kolei sprawiło, że zastanowiłem się głębiej nad moim własnym związkiem z psychodelikami.
    Nie mogę się doczekać, aby przeczytać więcej od Ciebie w przyszłości.

  2. Genialny kawałek pisarski z echem Timothy'ego Leary'ego. Chętnie przeczytałbym więcej twoich prac Dev. Udostępnij swoją podróż, proszę 😊

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Czytaj Dalej

Nagrody